piątek, 15 stycznia 2010

Nasze początki...

A było to tak...

Pewnej styczniowej niedzieli siedziałam w domu i strasznie się nudziłam.Aż wpadłam na głupi(chociaż może teraz  z perspektywy czasu już nie:)) pomysł. Wzięłam telefon wpisałam pierwszy lepszy numer jaki przyszedł mi do głowy i puściłam strzałkę.I tak sobie pomyślałam, że jeśli ten ktoś mi odpowie to napiszę smsa.Nie wiem skąd i dlaczego,ale przyrzekłam sobie, że jeśli tym kimś okaże się jakiś facet który mieszka na drugim krańcu Polski to od razu dam sobie spokój, bo wiele miałam już np. internetowych znajomości które kończyły sie nijak bo zawsze było za daleko żeby się spotkać, nie mówiąc już o tym, że miałoby wyjść z tego coś poważnego...

Nie wiem też skąd w mojej głowie przeświadczenie, że tam po drugiej stronie to będzie facet...Przeczucie?

No i nie pomyliłam się.Ja napisałam, on odpisał,przedstawiliśmy się...Usłyszałam, że nie bardzo ma ochotę na takie telefoniczne znajomości, bo się tam kiedyś niby rozczarował czy coś...No ale wiadomo, jak już coś wpadło w sidła to się tego tak łatwo nie wypuszcza:P

No to ja dalej, spytałam o zainteresowania itp., ale że było późno to za chwilę dostałam wiadomość, że "miło się rozmawiało, ale wszystko co miłe musi się skończyć, a on idzie spać".

Ale na drugi dzień to on pierwszy się odezwał...

I tak sobie pisaliśmy przez trzy tygodnie,aż razu pewnego zadzwonił. Wiadomo jak to bywa, pierwsza rozmowa, oboje trochę speszeni, nie za bardzo się kleiło...

Ale potem były następne...

Swoją drogą Przemek dostał potem rachunek na 300 złotych, więc niemało żeśmy przegadali wieczorami:)

No i w końcu padło pytanie czy zechcę się z nim spotkać...

A ja się bałam...No bo w końcu nie wiadomo tak do końca czy jest taki jak mówi, czy może ma jakieś niecne zamiary w stosunku do mnie.Z drugiej strony głupio mi było tak się przyznać do tego.Ale w końcu mu to napisałam...I on wtedy odpisał mi, że będzie czekać tak długo aż przestanę się bać...

I nie wiem...Niby nic, a sprawiło, że mu zaufałam i się zgodziłam.

Umówiliśmy się, że pójdziemy na pizzę w takiej miejscowości niedaleko mnie.A że Przemek nigdy nie był w tych stronach to dojechanie zabrało mu ponad dwie godziny.Bo się biedak zgubił gdzieś po drodze:)

Ale w końcu trafił, zadzwonił, powiedział na jakiej ulicy czeka i jak mam poznać jego samochód.

I pamiętam jak tam szłam przez całe miasto z duszą na ramieniu, bo nie wiedziałam jak to będzie, co on sobie o mnie pomyśli, bo wiadomo, zdjęcie a rzeczywistość to nie to samo...

I pamiętam jego, opartego o samochód, pamiętam jego wyciągniętą dłoń na powitanie, pamiętam długaśną czerwoną różę, którą mi wręczył...

A potem rozmowa w pizzerii, to jak mi się przyglądał...


A w pizzerii też zdarzyła się nam śmieszna sytuacja.Mianowicie przynieśli pizze, sztućce, a ja nienawidzę tak jeść pizzy.No ale żeby nie wyjść na niewychowaną(no bo jak to tak na pierwszej randce!) to sięgnęłam po nie...A jak mi później Przemek powiedział, on wtedy sobie jęknął w duchu, bo on pizze też woli zajadać rękami:)No i się tak oboje biedziliśmy nad tą pizzą,strasznie ciężko się kroiła:)
Po pizzerii był spacer na stawami.Zimno było jak cholera, ja w niezbyt grubej kurtce, to trochę marzłam, ale jak  tylko Przemek pytał czy mi zimno to twardo odpowiadałam, że nie.
Bo wiedziałam, że on chce mnie objąć, a ja nie chciałam mu ułatwiać sprawy.No trochę wrednym trzeba być:)
I tak pytał kilka razy, aż stanęliśmy zastanawiając się co dalej, bo w międzyczasie zrobiliśmy dwa okrążenia wokół tego stawu.No to stwierdziłam, że możemy jechać do mnie, pokaże mu jezioro(pal licho, że środek zimy, ciemno, zimno i wietrznie:)).I wtedy jak padło kolejny raz to samo pytanie, to ja mu prosto z mostu, że jeśli chce to niech mnie po prostu obejmie.
No i tacy objęci doszliśmy  sobie powolutku do jego samochodu,przyjechaliśmy do mnie, zaparkowaliśmy na parkingu przy plaży i poszliśmy na pomost.


Swoją drogą, pomijając koszmarne zimno, sceneria była bardzo ładna...Ciemna woda,gwiazdy, które się w niej odbijały...Przytulił mnie i tak sobie stanęliśmy patrząc na falującą taflę...

I  pewnym momencie Przemek mówi, że bardzo chciałby coś zrobić, że chciałby mnie pocałować...
Ale się nie zgodziłam.Powiedziałam, że nigdy się nie całuję na pierwszych randkach.W sumie to była prawda...Bo ja się wtedy jeszcze nigdy nie całowałam z facetem...I nie mam tu na myśli buziaków w policzek, czy całusów w usta,bo takie i owszem były...Ale nigdy tak naprawdę...
Powiedziałam więc że nie i że lepiej jak wrócimy do samochodu,bo zimno.

Tam przesiedzieliśmy chyba dobre dwie godziny gadając o wszystkim i o niczym...

Przemek jeszcze kilka razy pytał czy może mnie pocałować, ale ja ciągle odmawiałam.

Aż w końcu nadeszła godzina mojego powrotu do domu.Przemek odwiózł mnie pod bramę i po raz ostatni zapytał czy może to jednak zrobić.Patrzył wtedy tak na mnie tymi swoimi oczami, że nie wiem...

Zgodziłam się...Mój pierwszy pocałunek...Może i okoliczności mogą się wydawać mało romantyczne, ale tego się nie da zapomnieć...Trwał krótko, ale dla mnie te sekundy to była cała wieczność...

Zaraz po tym wysiadłam, pożegnałam się, a on odjechał...

A potem było następne spotkanie i następne...Długo długo nie zapraszałam go do domu i po prostu parkowaliśmy sobie tam przy plaży, siedzieliśmy w samochodzie i rozmawialiśmy, przytulaliśmy się, były kolejne pocałunki...

I było baaardzo romantycznie...Wystarczało to, że byliśmy we dwoje...

I tak sobie już trwamy w tym naszym związku prawie trzy lata...Są plany, marzenia o ślubie, dzieciach...


Po prostu go kocham...A on kocha mnie...



Mieliśmy naprawdę dużo szczęścia, że się poznaliśmy.Bo jak mi później tłumaczył,on zwykle niemiło traktuje takie "pomyłki" telefoniczne.Więc czemu ze mną chciał wtedy rozmawiać?Dlaczego to akurat jego numer wybrałam?Dlaczego trafiłam na wolnego faceta?


Czyżby to miała być moja druga połówka pomarańczy???

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz